Z Krzysztofem Kelmanem, dyrektorem Miejskiego Ogrodu Zoologicznego w Płocku, Prezydentem Klubu Poecilia Reticulata i wielkim autorytetem w dziedzinie hodowli ryb żyworodnych, rozmawia Paweł Czapczyk

Paweł Czapczyk: We wrześniu 2014 roku został Pan dyrektorem płockiego zoo. I obecnie ma Pan pod swoją pieczą już nie tylko ryby, ale również kondory, ary szafirowe, pantery śnieżne, małpy pigmejki, leniwca czy – zupełnie od niedawna – tapira indyjskiego... Jednak nasza rozmowa ze zrozumiałych względów dotyczyć będzie niemal wyłącznie akwarystyki.

Krzysztof Kelman: Tak, oczywiście.

A zatem: przez osiem lat w płockim zoo wcale nie było akwariów. Ale już w 2015 roku, czyli w następnym roku po objęciu szefostwa przez Pana, zaczęła powstawać nowa ekspozycja, a w kolejnym nastąpiło jej uroczyste otwarcie. Jak Pan wspomina ten okres?

Był to niewątpliwie bardzo uciążliwy okres, naznaczony wytężoną pracą i wymagający od całego zespołu wzmożonej uwagi. W niecałe dwa lata zbudowaliśmy przecież ekspozycję, która kilkakrotnie przekraczała rozmiarami poprzednią, tworzoną jeszcze w latach 70. i 80. minionego wieku. Musieliśmy zastosować zupełnie inną technikę, choćby nowoczesny system pomp i filtracji. Zniknęły stare zbiorniki wykonane z plastiku i metalu, a na ich miejsce weszły akwaria żelbetowe i akrylowe (wykonane z grubych akryli – pięcio- i dziesięciocentymetrowych), wprowadziliśmy także nowe gatunki ryb. Krótko mówiąc: wyglądało to tak, jakbyśmy zaczęli akwarystykę w płockim zoo od nowa, a poprzednią i obecną dzieliło całe stulecie. Dość powiedzieć, że poprzednio w pawilonie stało osiemnaście zbiorników o łącznym litrażu około 45 000 litrów, podczas gdy obecnie mamy dwadzieścia trzy akwaria, ale ich łączna pojemność wynosi 135 600 litrów.

Zwiedzający mogą dziś podziwiać ryby i bezkręgowce z różnych kontynentów i stref klimatycznych. Na co powinni zwrócić baczną uwagę, wchodząc do pawilonu akwarystycznego?

Nasza ekspozycja składa się generalnie z dwóch części. Po pierwsze, zwiedzający mogą tu spotkać rzadko w ogóle pokazywane na wystawach i w ogrodach zoologicznych ryby wód polskich – zarówno śródlądowych, jak i bałtyckich. Znaleźć tu można choćby brzany czy lipienie z rwących rzek – z jednej strony, a z drugiej – dorsze, płastugi czy ryby łososiowate z Bałtyku. Pozyskane są one przez nas z natury i ośrodków hodowlanych. Woda w tych zbiornikach jest specjalnie chłodzona. Natomiast drugi duży dział stanowią, mówiąc ogólnie, ryby tropikalne – zarówno słodkowodne, jak i morskie. Pochodzą one ze wszystkich kontynentów, reprezentując w kilku wydaniach Azję, Afrykę, Australię, Amerykę Południową, Amerykę Środkową, ale też Amerykę Północną. Ponadto można w zoo zobaczyć rafę koralową zatopioną w trzynastotysięcznolitrowym zbiorniku oraz rekiny, które pływają w akwarium o pojemności 40 tysięcy litrów.

Mnie osobiście urzekły wiosłonosy z Missisipi. Te duże archaiczne ryby wywołują niesamowite wrażenie zwłaszcza wtedy, kiedy pobierają pokarm. Pływają z szeroko rozdziawionymi pyskami, czyli bardzo czułymi rostrami, w których zmieściłoby się naprawdę duże zwierzę, a one łowią w ten sposób plankton...

Tak, bardzo ciekawy gatunek, który odżywia się na podobieństwo rekina wielorybiego albo waleni z grupy fiszbinowców. Wiosłonosy przez szeroko rozwartą paszczę przecedzają wodę, by cząstki pokarmowe, głównie plankton, osadziły się im na specjalnych „sitach”. Ryby te są więc typowymi „planktonożercami”, nie zaś drapieżcami. W Ameryce Północnej uchodzą dziś za gatunek zagrożony wyginięciem, co wynika między innymi z faktu, że do wód północnoamerykańskim dostało się wiele inwazyjnych taksonów azjatyckich, które potrafiły skutecznie zdominować tamtejszą ichtiofaunę.

Wiosłonosy stanowią więc ekspozycyjny rarytas?

Z tego, co wiem, nikt w Polsce nie prezentuje tych ryb w akwarium. W naszym zoo pływają cztery osobniki. Ale Ameryka Północna w Płocku to także interesujące gatunki bassów, jordanelek czy Notropis chrosomus. Dopiero dziewięć lat temu ryba ta pojawiła się w Europie, budząc sensację swą fluorescencyjną, zmienną i kontrastową kolorystyką: wygląda przecież tak, jakby była sztucznie barwiona.

Kiedy rozmawialiśmy na początku maja, wspominał Pan o projekcie biotopowych akwariów z niewielkimi gatunkami krajowymi – jakie ryby macie na uwadze?

W osobnym zbiorniku chcielibyśmy pokazać mniejsze, ale fascynujące gatunki bałtyckie – takie jak wężynka czy iglicznia. W kolejnym akwarium z chłodną wodą morską mamy zamiar zaprezentować krajowe jamochłony – na przykład chełbię modrą. Być może w naszej ekspozycji znajdą się też: tasza, węgorzyca i kur diabeł. Jest to projekt rozwojowy i z czasem będziemy powiększać ekspozycję.

A ryby słodkowodne?

One też znajdą swoją reprezentację. Jesteśmy w trakcie uruchomiania zbiornika, który powinien przypaść do gustu miłośnikom przyrody polskiej. Znajdą się w nim interesujące, lecz mało znane gatunki „niewędkarskie”: ciernik, cierniczek, różanka, koza, piskorz, strzebla potokowa, strzebla błotna...

Właśnie: ważnym projektem, już dalece zawansowanym na terenie ogrodu, jest hodowla strzebli błotnej w specjalnie do tego celu przygotowanym i zaaranżowanym stawie. Wygląda to bardzo obiecująco...

Tak, strzebla błotna jest obecnie jednym z najrzadszych, jeśli w ogóle nie najrzadszym, spośród wszystkich gatunków ryb występujących w Polsce. Kilka lat temu skontaktowałem się z profesorem Jackiem Wolnickim z Instytutu Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie, który prowadzi badania nad występowaniem tego gatunku w naszym kraju i stara się ochronić jego naturalne siedliska. I w porozumieniu z nim przygotowaliśmy jeden z naszych stawów: odłowiliśmy gatunki niepożądane, nasadziliśmy roślinność, ustabilizowaliśmy parametry wody. I na początku lipca zeszłego roku wpuściliśmy pierwsze tysiąc sztuk czternastomiesięcznych strzebli błotnych. Prawdopodobnie już w tym roku połowa samic z tej populacji wytrze się w naszym stawie. Oczywiście celem ogrodu zoologicznego nie jest hodowla sama w sobie, lecz ochrona fauny krajowej. Myślimy o przyszłej reintrodukcji odchowanych u nas strzebli do środowiska naturalnego.

A gdzie będą wpuszczane „płockie” strzeble?

Do naturalnych zbiorników wytypowanych przez profesora Wolnickiego. Nawiasem mówiąc, w tej chwili uruchamiamy akwarium stojące na wolnym powietrzu, mające wspólny ze stawem obieg wody, w którym będzie można strzeblę błotną zobaczyć. Ta kilkunastocentymetrowa ryba o kształcie cygara jest wyjątkiem w rodzimej ichtiofaunie: przepięknie ubarwiona – brązowo-złociście z czerwonobrunatnym nakrapianiem – pozostaje praktycznie w Polsce nieznana i przez nikogo nieoglądana.

Do tego gatunku ma Pan szczególną słabość, sięgającą chyba jeszcze czasów dzieciństwa.

To prawda. Jako młody chłopak odnalazłem jedno stanowisko strzebli błotnej w okolicach Płocka. I próbowałem przekonać osoby mieszkające w jego pobliżu, żeby otoczyły opieką tę ginącą rybę. Nie wiem, czy mi się to udało, bo postrzegano mnie wtedy jako dziwaka. A kiedy po latach, wspólnie z profesorem Wolnickim zaczęliśmy monitorować ów staw, okazało się, że strzebla błotna już tam nie występuje. Prawdopodobnie w latach 90. ubiegłego wieku, kiedy podczas jednego upalnego lata zbiornik całkowicie wysechł, ryba wyginęła. Niemniej ten staw, który jest prywatną własnością, został zaznaczony jako historyczne stanowisko występowania strzebli błotnej i być może będziemy go na nowo zarybiać młodymi osobnikami wyhodowanymi w zoo.

Czy hodowla i późniejsze wsiedlanie zagrożonych wyginięciem gatunków jest jedną z dróg, jaką powinny podążać ogrody zoologiczne?

Obecnie jest to nawet priorytet dla ogrodów zoologicznych nie tylko w Europie, ale i na całym świecie. W ramach organizacji EAZA (European Association of Zoos and Aquaria), skupiającej najbardziej liczące się ogrody zoologiczne Starego Kontynentu, której płockie zoo jest członkiem, bierzemy udział w kilkudziesięciu programach hodowli i reintrodukcji gatunków zagrożonych, a nawet takich, które wyginęły już na wolności, ale na powrót mogą zostać introdukowane i przywrócone naturze. Nie będę tu wymieniał wszystkich projektów, wspomnę tylko, że – oprócz hodowli i ochrony krajowych gatunków ryb, za które to działania EAZA bardzo nas chwali – jako jedyni w Polsce rozmnażamy osła somalijskiego. Hodujemy też dużą antylopę z Afryki Północnej, oryksa szablorogiego, który jakiś czas temu wyginął na Czarnym Lądzie, ale obecnie jest w środowisku naturalnym z powodzeniem reintrodukowany.

Pod patronatem płockiego zoo odbywają się też rokrocznie ważne imprezy akwarystyczne – sympozja, konkursy i wystawy. Czy mógłby Pan wymienić najważniejsze z nich?

Nie ukrywam, że akwarystyka jest moją największą pasją. Jako zapalony akwarysta od dziecka, nie tylko zajmuję się hodowlą, ale również staram się animować różne imprezy akwarystyczne. Wymienię tylko te, które organizujemy na terenie zoo w tym roku: mamy już za sobą spotkanie akwarystów ze wszystkich ogrodów zoologicznych w Polsce, w czerwcu odbywa się ogólnokrajowe Sympozjum Akwarystyczne, z kolei w październiku odbędzie się spotkanie specjalnej grupy roboczej o nazwie Goodeid Working Group. Skupieni są w niej Europejczycy zajmujący się zachowawczą hodowlą i propagowaniem wiedzy o żyworódkowatych, czyli o rodzinie Goodeidae. To endemiczna rodzina ryb z Wyżyny Meksykańskiej. I na to październikowe spotkanie przyjadą koordynatorzy ze wszystkich krajów europejskich. Grupa ta aktywnie współpracuje z ichtiologami meksykańskimi i amerykańskimi, reintrodukującymi te endemiczne ryby do natury. Natomiast przedtem, we wrześniu, będzie miał miejsce w zoo Konkurs Mistrzostw Europy Gupika w kategorii par.

Jest Pan Prezydentem Klubu Poecilia Reticulata.

Owszem. To najstarszy w Polsce klub akwarystyczny, który na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku powstał w ramach Polskiego Związku Akwarystów. PZA niestety upadł i zakończył swoją działalność, ale entuzjaści skupieni w klubie w 1992 roku zarejestrowali się jako samodzielne stowarzyszenie. Obecnie Klub Poecilia Reticulata zrzesza hodowców gupików, które uznaje się za wystawowe lub konkursowe według kilkunastu międzynarodowych standardów. Siedziba klubu znajduje się oczywiście w płockim zoo. Nasze stowarzyszenie jest członkiem międzynarodowej organizacji Internationales Kuratorium Guppy Hochzucht (IKGH).

A kto może zostać członkiem klubu?

Praktycznie każdy akwarysta. Jednym ze statutowych zadań klubu jest bowiem skupianie w organizacyjnych ramach hodowców ryb żyworodnych – głównie gupików, ale też mieczyków, zmienniaków i molinezji. Dodam, że z naszego klubu rekrutują się zarówno mistrzowie Europy różnych standardów gupika, jak i mistrzowie świata. Można nas znaleźć na stronach internetowych, na Facebooku, można też napisać lub zadzwonić bezpośrednio do mnie do ogrodu zoologicznego. Po wypełnieniu deklaracji członkowskiej i uiszczeniu drobnych opłat zostaje się członkiem klubu, zyskując dostęp do najlepszych hodowców w kraju i za granicą.

A co fascynującego z punktu widzenia pasjonata mają w sobie ryby żyworodne – choćby te z rodziny piękniczkowatych? Czy chodzi o ich biologię rozrodu?

Każdy akwarysta ma swoje preferencje i przyzwyczajenia. I chociaż w swoim życiu hodowałem właściwie wszystkie możliwe gatunki słodkowodnych ryb akwariowych, to zawsze największą pasją darzyłem ryby żyworodne – szczególnie te dzikie, niszowe. I powiem Panu tak – fenomenalny jest ich rozród, w który tak naprawdę uwierzono dopiero na przełomie XIX i XX wieku. Wcześniej ryby kojarzono wyłącznie ze składaniem ikry i nikomu się nawet nie śniło, że może istnieć żyworodna ryba. Ale, to drugi powód mojej fascynacji, te niekiedy mało popularne gatunki ciekawie się zachowują, a co więcej: wiele z nich aktualnie ginie w swoim środowisku naturalnym. Kilka reprezentantek rodzin piękniczkowatych i żyworódkowatych, które pływają obecnie w płockich akwariach, już w naturze wcale nie występuje.

Z iloma taksonami żyworódek miał Pan do czynienia?

W swojej hodowli miałem w sumie osiemdziesiąt jeden gatunków dzikich ryb żyworodnych, reprezentujących pięć rodzin – w tym różnoszczękowe, czworookowate i płaszczki słodkowodne.

Czy istnieje jakaś ryba z tej grupy, której Pan dotąd nie hodował, a której Pan zachłannie pożąda?

Takich ryb jest sporo. Żyworódek nadających się do chowu w akwariach jest co najmniej kilkaset, a skoro hodowałem „zaledwie” osiemdziesiąt jeden gatunków, to wiele z nich mam jeszcze do zdobycia. Działam w różnych grupach hobbystycznych – na przykład w Czeskim Towarzystwie Miłośników Dzikich Żyworódek. Czesi jeżdżą po świecie i aktywnie pozyskują ryby z natury, odławiając je w macierzystych biotopach. Kilka lat temu przywieźli jeden z gatunków jenynsii. Myśleliśmy, że to Jenynsia lineata. Ale po bardzo szczegółowych badaniach budowy gonopodium, które wykonał dla nas jeden z profesorów uniwersytetu w Nowym Jorku, specjalizujący się w taksonomii ryb, okazało się, że to dużo rzadszy gatunek – Jenynsia multidentata.

A czy pamięta Pan swoje pierwsze akwarium w domu rodzinnym?

Oczywiście. Kiedy miałem dziewięć lat, zapragnąłem mieć własne akwarium. Moi rodzice uznali widać, że warto to moje zainteresowanie zaspokoić i pod choinkę dostałem pierwszy zbiornik ramowy, który miał około osiemdziesiąt litrów pojemności.

Niemało jak na owe czasy.

Tak. Był to bardzo przyzwoity zbiornik z oświetleniem, stojący na odpowiednim stelażu. Kilka dni przed Wigilią przygotowałem wodę, a w samą Wigilię pojechałem z ojcem do jedynego wówczas sklepu zoologicznego w Płocku i kupiłem po parze: mieczyków Hellera, gurami dwuplamistych, danio pręgowanych i – ma się rozumieć – gupików. Kwota, jaką wówczas zostawiłem w sklepie, czyli siedemdziesiąt dwa złote, była wcale niebagatelna. I w ten sposób rozpoczęła się moja przygoda akwarystyczna. Stopniowo zacząłem dostawiać kolejne zbiorniki. Nigdy zresztą nie przerwałem tej przygody – nawet podczas studiów w Poznaniu czy w Bydgoszczy miałem w akademikach akwaria. I hodowałem prawie wszystko. Dlatego dziś mało co mnie cieszy – oczywiście poza żyworódkami.

Dla rodzimych i zagranicznych hodowców jest Pan obecnie niekwestionowanym guru w dziedzinie żyworódek. A kto był akwarystycznym autorytetem dla młodego Krzyśka?

To były zupełnie inne czasy. „Starzy wyjadacze” i doświadczeni hodowcy nie zawsze chcieli z młodym chłopakiem rozmawiać, a mnie z kolei trudno było nawiązać kontakt z jednym czy drugim panem na emeryturze. Pasjonaci często zamykali się w swoim kręgu. Nie istniał, jak wiadomo, internet, a dostęp do literatury drukowanej był znikomy. Pamiętam, że moją pierwszą książką okazały się wydane w zielonej okładce Ryby w akwarium autorstwa Jerzego Ringa i Henryka Jakubowskiego. Z wielkim trudem zdobywałem też poszczególne numery czasopisma „Akwarium”. Trzeba było mieć zaprzyjaźnioną panią w kiosku, która dosłownie spod lady sprzedawała akurat mnie ten jeden zeszyt, który właśnie przyszedł. Ale moja pierwsza poważna pozycja piśmiennicza to tłumaczony z czeskiego, a napisany przez Stanislava Franka Wielki atlas ryb. Z drżeniem serca powiedziałem rodzicom, że zobaczyłem ten atlas w płockim Domu Książki, a oni za sporą podówczas sumę – dwieście piętnaście złotych – zdecydowali, że mi ją kupią. Z upojeniem przewracałem potem kartki, niemal ucząc się na pamięć wszystkich opisów i marząc, że w przyszłości choć część z tych ryb uda mi się zobaczyć na własne oczy.

Fot. Paweł Czapczyk

 

Opublikowano drukiem w Magazynie Akwarium nr 4/2017 (164).